Paulini Wrocław

Via Lucis - Droga Światła - przejdź ją z Jezusem

Via Lucis -  Droga Światła - przejdź ją z Jezusem

A pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i rzekła do nich: Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono. Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli oni obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka. Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył (J 20, 1-8).

Zobaczyć pusty grób, to przekonać się o bezradności śmierci wobec życia, jakie w sobie nosił Jezus. To życie w najradykalniejszym znaczeniu tego słowa. Życie wieczne, które udziela życia, a nawet wzbudza oryginalne życie z zepsucia śmierci.
Bóg przede wszystkim jest ŻYCIEM, a dopiero potem miłością, miłosierdziem czy mądrością. A tymczasem, paradoksalnie, oczywistość tego życia wiecznego można ujrzeć jedynie wtedy, gdy równie przenikliwie jak ci dwaj uczniowie spojrzymy w głąb śmierci, w jej pustkę podobną do pustego grobu. Przyglądając się śmierci, ujrzymy życie wieczne poza nią.
O czym przekonuje cię śmierć? Cokolwiek osiągniesz, na pewno to stracisz. Pewnego dnia twoje życie doczesne stanie się tylko historią. Pewnej godziny wydasz ostatni grosz, pewnej minuty ktoś obok ciebie umrze, nawet jeśli kochałeś tę osobę ponad własne życie. W pewnej chwili sam upadniesz na podłogę lub chodnik i poczujesz zimny beton na policzku. Zamkniesz oczy i nawet nie wiesz, czy za powiekami cokolwiek jeszcze zobaczysz. Dlaczego nie myślimy o godzinie śmierci, bo obawiamy się, że poza nią już nic nie ma. Apostołowie dobrze przyjrzeli się śmierci, weszli do wnętrza grobu i zobaczyli to, co można zobaczyć za zamkniętymi powiekami.
Życie Jezusa jest silniejsze. Przez wiele lat możesz podtrzymywać swoje życie w świetnym zdrowiu, ale i tak dopadnie cię nowotwór albo cukrzyca. Śmierć, jej nieuniknioność, jest jednak wyśmienitym pedagogiem. Jej pusty bezsens przymusza do wpatrzenia się poza nią, w horyzont wieczności. Wolimy o niej nie myśleć i dlatego rozmijamy się z nadzieją wiecznego życia. Po co o wszystko się staramy, skoro i tak umrzemy?
Ponieważ wszystko, co przynosi to życie, jest brzemienne w możliwość uwiecznienia naszego istnienia. Wszystko też może ukąsić człowieka jadem grzechu, śmiertelnie, na wiele lat przed śmiercią. Dlatego, gdy w spowiedzi wyciskam z siebie wyznanie moich win, niczym ktoś ukąszony przez węża wysysa jad z zarażonej rany, doświadczam powrotu życia wiecznego. Nie grób mnie przeraża, bo poza nim widzę życie w Bogu, ale grzech, bo może mnie pozbawić współuczestnictwa właśnie w tym wiecznym życiu Boga.
Odkrycie tej pustki grobowej dokonuje się jakby w trzech odsłonach. Dopiero w trzeciej odsłonie wszyscy uwierzyli, że już w śmierci nie ma nic godnego ludzkiego spojrzenia!
Najpierw Maria Magdalena odkrywa jedynie usunięty kamień. Nie weszła jednak do wnętrza, nie zdobyła się na zgłębienie tej prawdy aż do dna. Jan nachylił się do wnętrza i zobaczył już o wiele więcej – zobaczył płótna bez ciała. Dopiero Piotr odważył się wejść do wnętrza grobu. On jeden wszedł do wnętrza, do gniazda śmierci.  Ale w grobie nie było już nic!!! Od tego momentu możemy już dążyć do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi. Przekonaliśmy się  naocznie: w śmierci nie ma nic, ani życia, ani piękna, ani miłości, ani mądrości, ani prawdy. Taka jest śmierć – bez sensu! Łono śmierci – grzech zostało zdemaskowane - i ci, którzy je zwiedzili, uwierzyli, że jest ono PUSTKĄ!

Maria Magdalena natomiast stała przed grobem płacząc. A kiedy tak płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa - jednego w miejscu głowy, drugiego w miejscu nóg. I rzekli do niej: Niewiasto, czemu płaczesz? Odpowiedziała im: Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono. Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz? Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę. Jezus rzekł do niej: Mario! A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: Rabbuni, to znaczy: Nauczycielu. Rzekł do niej Jezus: Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich braci powiedz im: Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego. Poszła Maria Magdalena oznajmiając uczniom: Widziałam Pana i to mi powiedział (J 20, 11-18)

Spotkanie Marii Magdaleny z Jezusem należy do tych miejsc Biblii, które potrafią zrodzić łzy w ludzkich oczach. Czytając te słowa, odnosimy wrażenie, że miłość i przywiązanie tej kobiety do Jezusa były potęgami zdolnymi zatrzymać Go w drodze do Ojca.
Jezus widząc Marię mówi: Nie zatrzymuj Mnie, bo jeszcze nie wstąpiłem do Ojca… Czy to możliwe, aby miłość człowieka posiadała moc powstrzymania Boga przed wstąpieniem na niebiosa niebios? Jaką potęgę więc ukrywa w sobie słaby człowiek? Skoro Jezus prosi Magdalenę, aby Go nie zatrzymywała w drodze do Ojca, to znaczy, że naprawdę była w stanie to uczynić! Jaką mocą? Mocą Miłości! Jeśli taka jest potęga ludzkiej miłości, to jaką potęgą jest Miłość Boga? Na co Go stać? Kogo On może powstrzymać? Człowiek miłujący Boga potrafi Go zatrzymać, gdy Ten wstępuje do swej Chwały. Bóg miłujący człowieka potrafi go powstrzymać i zawrócić, aby ten nie zstąpił do otchłani. Miłość zmienia drogi Boże i drogi ludzkie. Miłość, jeśli nie jest zmienna, potrafi wszystko zmienić!

Tego samego dnia dwaj z nich byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali. On zaś ich zapytał: Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze? Zatrzymali się smutni. [...] Na to On rzekł do nich: O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały? I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego. Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił. Wszedł więc, aby zostać z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał? W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi. Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak Go poznali przy łamaniu chleba (Łk 24, 13-35)

Kiedy spotyka nas cierpienie, mamy żal do Boga. Mówimy: „A myśmy się spodziewali...”; "A myśmy myśleli, że Bóg nie pozwoli nam cierpieć". Tymczasem jest inaczej, sam Syn Boży cierpiał, ale nie uciekł do Emaus przed krzyżem, tylko doczekał się zmartwychwstania. Kto wytrwa w cierpieniu, doczeka się jego przezwyciężenia, kto przed cierpieniem ucieka, nigdy nie przestanie przed nim uciekać, a już sama ucieczka będzie cierpieniem pełnym lęku.
Wtedy oczy im się otworzyły. Otworzyły się im oczy na Eucharystii. Dopóki nie znaleźli się na tej niecodziennej mszy odprawianej przecież nie w katedrze, przy asyście biskupiej i majestatycznym huku organów, lecz prawdopodobnie w jakiejś wiejskiej gospodzie, prowincjonalnym, ówczesnym zajeździe, nie umieli zaradzić swojej ucieczce od wizji klęski.
Jezus pokazał, że to, co pozwala nam wrócić do miasta ukrzyżowania, to Eucharystia. To, co pozwala ci wrócić do domu pełnego awantur i krzyku, może nawet zdrady prawdziwej Golgoty, to Eucharystia. Bez niej nie wrócisz do swojego krzyża. Bez niej nie doczekasz się zmartwychwstania. Uciekamy przed krzyżem, ale ta ucieczka jest ucieczką przed kluczem do drzwi, za którymi jest raj. Klucz jest bolesny, ale kiedy go uchwycimy w rękę, i przekręcimy zardzewiały zamek naszego strachu, otworzy się to, co widział Jezus po zmartwychwstaniu - raj, wieczne szczęście.
Uczniom otworzyły się dopiero wtedy oczy, kiedy Jezus wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Zobaczmy, na co otworzyły się oczy uczniom? Czy tylko dotyczy to rozpoznania Jezusowej osoby? Nie tylko! Otworzyły się im oczy na to, że można błogosławić Boga za złamane życie i że można się dawać innym jak chleb, i że tylko te dwie postawy przekraczają granice śmierci. Błogosławić Boga za wszystko i dawać się jak chleb - być strawnym, posilać innych sobą. Mówią krótko: być w komunii z innymi jak Bóg z nami.
Nie wytrzymasz i nie otworzą ci się na ta prawdę oczy, jeśli nie będziesz miał udziału w Eucharystii. Przypatrz się, jak łamie się chleb - złamane jest Twoje życie, ale bez tego połamania nie ma uczty, nie ma spożycia, nie ma poczęstunku, nie ma odsłonięcia tego, co wewnątrz, nie ma życia!
Droga do Emaus jest naszą drogą - wszyscy błądzimy ku smutkowi i zawiedzeniu się na życiu i w naszych nadziejach. Po zmartwychwstaniu Jezus jest na każdej drodze ludzkiej, idzie wszystkimi drogami, nikogo nie opuszcza, każdego zawraca ku pełni odkrycia jego obecności, z jaką się spotykamy na Eucharystii.
Czy jest jakiś inny cel w naszym życiu, niż ucztowanie z Bogiem? Zawsze mam to wyraźnie w sercu, że uczniowie zostali nawiedzeni przez Jezusa w drodze dzięki temu, że rozważali Pisma. Ta wymiana Słów Bożych pozwoliła im się otworzyć na jego prowadzenie, które skończyło się na Łamaniu Chleba. Przez Biblię do Eucharystii - schemat dojścia do celu życia jest z nazbyt jasny i prosty. Jezus dosłownie spytał ich: „Jakie są słowa, które WYMIENIACIE idąc?” (dosłowne tłumaczenie).
Życie dzieli, więc nas na tych, którzy przyjmują krzyż, przyjmują smutek i doznają opuszczenia oraz przegranej, oraz na tych, którzy za wszelka cenę próbują się pocieszyć grzechem, uciec przed wyrzutami sumienia i odrzucić krzyż. Między tymi postawami jesteśmy rozdarci i wybór właściwej zależy od tego, czy umiemy walczyć Słowem Boga o własny los. Najtrudniejsza chwila dla każdego z nas, to utrata najdroższej osoby - utrata miłości, kogoś, kto nadawał sens całej naszej drodze.
Jezus przygotowywał na taką stratę swoich uczniów zanim umarł, dlatego ich smutek zamienił się w radość, a ich strata, została nagrodzona odzyskaniem Miłości Jezusa w Eucharystii; …Chwila, a nie będziecie Mnie oglądać, i znowu chwila, a ujrzycie Mnie? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Wy będziecie płakać i zawodzić, a świat się będzie weselił. Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz zamieni się w radość.
Gorzej jest z tymi, którzy oparli swoje życie na drugim człowieku, na idei, na pieniądzach, na żądzy, na pysze, na karierze, na czymkolwiek i kimkolwiek, tylko nie na Bogu. Ich smutek utraty nie zamieni się nigdy w radość, a wszystko jest utracalne oprócz Boga.

On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: Pokój wam! Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha. Lecz On rzekł do nich: Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie się Mnie i przekonajcie: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam. Przy tych słowach pokazał im swoje ręce i nogi. Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia, rzekł do nich: Macie tu coś do jedzenia? Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i jadł wobec nich. Potem rzekł do nich: To właśnie znaczyły słowa, które mówiłem do was, gdy byłem jeszcze z wami: Musi się wypełnić wszystko, co napisane jest o Mnie w Prawie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach. Wtedy oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma (Łk 24, 36-45).

Jezusowi bardzo zależało na Jego uczniach. Dawał temu wyraz, kiedy był z nimi przed śmiercią, w licznych rozmowach i postawach, i po zmartwychwstaniu. Ukazał się po to, aby z nimi być, aby z nimi zasiąść do stołu, porozmawiać, pośmiać się, ale przede wszystkim, by mieli pokój. Nie stracili Go i już nigdy nie stracą. Jego miłość jest nieutracalna. Wystarczyło, że rozmawiali o Nim, by się im objawił. Jest w rozmowach o Nim. Jest we wszystkich rozmowach o NIM. Nie taił swoich uczuć, nie ukrywał, że ich bardzo kocha.
To wspaniała nauka dla nas, którzy boimy się okazywać uczucia i lękamy się, gdy ktoś nas już pokocha. Lękamy się, bo boimy się, że nasza miłość zostanie zlekceważona, albo, że przeżyjemy ból utraty. Tymczasem On sam kocha i nie można Go już nigdy utracić. Tak naprawdę kochać, to nie lękać się kochać. Jezus był śmiały w otwieraniu swojego serca dla swoich wybranych uczniów. Nie tylko rozmowa o Nim jest już Jego obecnością. On chce być widziany: „popatrzcie na Mnie”, i chce być dotknięty, chce, aby oni czuli nawet fizycznie Jego obecność: „Dotknijcie mnie”. Wreszcie pragnie z nimi ucztować: „macie tu coś do zjedzenia”.
Miłość jaką On ofiaruje nie jest jedynie mistyczną wizją. To fizyczna obecność, namacalna, dotykalna. Nie wydawało się im, że Go widzą i dotykają, ale naprawdę to przeżywali! Nasz świat jest skrajnie podzielony z powodu gestów miłości. Są tacy, którzy ich nadużywają wpadając w pożądliwość i tacy, którzy lękają się każdego gestu. Ten paniczny lęk przed gestami miłości i z drugiej strony nienasycona pożądliwość, wyrażająca się nadużywaniu ciała doprowadziły do tego, że w gestach widzimy już zagrożenie, agresję, albo dopatrujemy się w nich konotacji seksualnej.
Ale gest miłości jest bardzo potrzebny człowiekowi do wyrażenia miłości i odebrania jej. Jezus był bardzo delikatny w swoich gestach i przez to wolny i jednoznaczny. Jego gesty miłości były czysto czytelne. ”Dotknijcie mnie” Ten nakaz, to nie tylko sprawdzenie, że jest materialnie obecny, ale też dotyk będący współudziałem w Jego miłości. Dotykając, jakby zaczerpnęli jego duchowego ciepła, zyskali kontakt, zaczęli być naprawdę razem. Był jak Ojciec, który daje swoje ciepło swym dzieciom.
Człowiek, który jest kochany, musi nie tylko o tym wiedzieć, ale i to odczuć. Przypomnijmy sobie naszego Ojca Świętego jak rozdaje swoje gesty miłości, jak wyciąga swoje ręce pośród tysięcy ludzi, aby go dotknęli! Ta ręka jest potrzebna, bo jest wyrazem czystej miłości. Iluż ludzi nie zapamiętało z wizyt papieskich ani słowa, ale jego dotknięcie pamiętają przez całe życie i żyją radością tego gestu! Nasza epoka jest bardzo zraniona w tym względzie przez panujący seksualizm, ale Chrystus w tej zachęcie jest jednoznaczny i uzdrawia nasze pojęcie o roli naszego ciała w wyrażeniu miłości do kogoś.
Wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane (J 20, 19-23).
Zapewne niejednokrotnie przeżywaliśmy spotkanie z człowiekiem, który miał ducha niepokoju, był rozdrażniony, napięty, zły, smutny, niespokojny, niecierpliwy, nieuprzejmy, surowy i nieopanowany. Nie miło jest spotkać kogoś takiego, a później czujemy się, że jego niepokój nam się udzielił. Świat jest pełen takich ludzi. Wiele wydarzeń wprowadza nas samych w ducha niepokoju, w zamieszanie i przerażenie. Niepokój dopada nas nagle i gniecie dusze ciężarem, zmartwieniem, obsesjami.
Próbujemy się zabezpieczyć przed niepokojem tego świata jak owi uczniowie z obawy przed nieszczęściami, które zdawały się być zwycięskie, gdyż zabrały im nawet Syna Bożego. Gdy tracimy oparcie, bezpieczeństwo, gdy wydaje się, że nawet Bóg stał się bezsilny, zamykamy się, wycofujemy się. Ale uciekając przed niepokojami tego świata, stać nas jedynie na bierne zamknięcie się we własnym lęku, we własnym niepokoju.
Uczniowie, chcąc zabezpieczyć się przed następnymi nieszczęściami, z obawy przed Żydami, zabarykadowali się w wieczerniku, ale im to nie zwróciło pokoju - dalej się obawiali. Człowiek nie jest w stanie zapewnić sobie pokoju. Wszyscy żyjemy w lęku, trudno nam się skupić, ciągle zapominamy o czymś, trudno nam się zdecydować na cokolwiek, świat jawi nam się jako miejsce niebezpieczne i smutne.
Po drugim człowieku spodziewamy się raczej czegoś złego niż dobrego. Mówimy: Moje życie jest straszne, już nigdy się nic nie zmieni na lepsze, lepiej byłoby w ogóle nie istnieć, moje małżeństwo, powołanie, szkoła, praca, to pułapka, wszyscy mną gardzą, nikt mnie nie rozumie. Oto duch niepokoju! Zamykamy się wtedy w sobie z obawy przed następnymi ciosami. Już tylko ich się spodziewamy. W obawie uczniów zamkniętych w Wieczerniku możemy dopatrzyć się siebie samych.
Wszystko jednak się zmieniło, gdy Pan stanął pośrodku, w centrum ich uwagi. Kiedy Pan jest najważniejszy, wszystko się zmienia. Uradowali się uczniowie ujrzawszy Jego! Wróciła radość. Gdy widzisz Jezusa w swoich obolałych miejscach życia, w swoim cierpieniu, wraca pokój i radość. Skupili się na Nim i minęły udręki. Są zdecydowani, wiedzą co robić, bo im Pan mówi.
Nie ma już niepewności, bo Pan jest z nimi. On ich posyła - nadaje konkretny cel, sens życia.  Nie muszą się obawiać, że ich życie jest pomyłką, albo, że popełnią błędy.  Świat jawi się im odtąd jako miejsce, w którym mają coś ważnego do zrobienia: iść z przebaczeniem w Duchu Świętym.  W drugim człowieku nie muszą się już dopatrywać czego złego, raczej dobrego.
Nie czekaj aż świat ciebie zmieni w przerażoną istotę. Zmieniaj świat w Duchu Świętym, w przestrzeń pełną istot, które od ciebie wezmą pokój. Dawaj Ducha Świętego, Ducha pokoju i spokoju, radości i przebaczenia.  Bez Ducha Świętego, świat zmieni cię w zgorzkniałą osobę. W Jezusie ty zmienisz świat dokoła siebie w przestrzeń miłości!

Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz /domu/ i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli (J 20, 24-29).

Przez Święto Miłosierdzia Pan Bóg chce obdarzyć człowieka łaskami, których ogrom jest on w stanie poznać dopiero po śmierci. Może niestety, a może na szczęście, dopiero po śmierci będziemy wiedzieli, ile Pan Bóg nam dał szansy w życiu i jak wiele żeśmy zmarnowali, a mimo to On nie przestał dawać.
I symbolem takiego człowieka, który otrzymuje łaskę, chociaż właściwie nie zasłużył na nią, jest Tomasz. Znamy go jako niewierny, czy niedowierzający Tomasz, jest to symbol tych wszystkich ludzi, którzy zatrzymują się w wierze i nie myślmy, że z pośród nich jesteśmy wyłączeni, ponieważ każdy z nas przeżywa, prędzej, czy później kryzys wiary. Wiara jest naznaczona takim kryzysem, tak jak wszystkie ważniejsze dzieła w naszym życiu muszą przechodzić przez jakieś trudne progi, tak również i wiara, tym bardziej wiara.
Zobaczcie, cała natura jest naznaczona pewnymi kryzysami. Kryzysy są jakimś znakiem rozwoju. Nawet kwiat, kiedy się rozwija, najpierw jest pączkiem, który pęka, i gdyby kwiaty potrafiły mówić, wołałyby, że to bardzo boli. Kwiaty się rozwijają, staja się pięknymi kwiatami ale później gniją, opadają płatki, znowu kwiat przeżywa kryzys. Staje się owocem, i znowu, gdyby owoc nie oderwał się od drzewa, nie straciłby oparcia w gałęziach, w pniu, to też nie stał by się nowym drzewem. Wyraźnie w naturze widać, że kryzys, że jakiś trudny moment poprzedza nowy etap.
I również wiara jest naznaczona takim kryzysem. Niedowiarstwa. Tomasz uzyskuje łaskę wiary, mimo, że niedowierza, nie wierzy. Właśnie w tym przykładzie wyraźnie widać, jak Panu Bogu zależy bardziej niż człowiekowi na zbawieniu człowieka. Na końcu tej ewangelii zostało powiedziane, że jeśli ktoś wierzy że Jezus jest mesjaszem, ten ma życie. Życie otrzymuje nie na 50 lat. Nie mignie mu ono przed oczami, ale on to życie ma, posiada na całą wieczność. Tego życia już mu nikt nie zabierze, ponieważ wierzy. Wiara jest czymś, co pozwala człowiekowi to Zycie zatrzymać. Na zawsze. Tak, że już nigdy go nie straci.
I my pragniemy dotknąć tych tekstów biblijnych, tak jak Tomasz dotykał ran Chrystusa, dotknąć i uwierzyć, że Jezus jest pełen miłosierdzia wobec nas, bo nieustannie coś organizuje w naszym życiu, co pomaga nam zbliżyć się do Niego. I mimo tego, że my się zapieramy, mówimy „nie”, nie chce nam się, buntujemy się, unikamy Boga, Bóg robi wszystko, co może, żeby nas zbawić. Dotyka nas to, że w tekstach biblijnych łaska miłosiernego Jezusa jest widoczna. Bóg nie pozwala się ograniczać naszą niewiarą. Przekracza wszelkie przeszkody, wychodzi na przeciw człowiekowi.
Ewangelia pokazuje nam jak Jezus przychodzi, w jakich okolicznościach On przychodzi. Jezus pokazany jest we wspólnocie, przychodzi do wspólnoty. To jest światło dla nas, gdzie możesz spotkać Jezusa. We wspólnocie. Jezus wszedł do wnętrza mimo drzwi zamkniętych. Jezusowi nie przeszkadzają żadne drzwi. Nawet bardzo bobrze, że te drzwi były zamknięte, bo u Mt czytamy: Ty, jeśli chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki i zamknij drzwi. Jeśli człowiek chce skupić się na Bogu, musi się odciąć od pewnych rzeczy, przynajmniej na jakiś czas, jakiś moment.
Bez bliższej jedności ze wspólnotą kościoła człowiek skazany jest na zwątpienie i niewiarę jak Tomasz. I chociaż Pan Bóg jest wszędzie, i w lesie i w mieście, wszędzie możesz się modlić, ale nie wszędzie Jezus przychodzi. Dziś widzimy, że On przychodzi do wspólnoty, do kościoła. On tak chciał, a nie my. I my nie będziemy Panu Bogu dyktować, gdzie się z Nim mamy spotkać, bo On nam mówi, gdzie my z Nim się możemy spotkać. Właśnie we wspólnocie Kościoła. Dlatego zbieramy się, przynajmniej raz na tydzień i to jest takie minimum, taki respirator, żeby człowiek nie umarł, przynajmniej raz na tydzień człowiek powinien spotkać się z Bogiem.
Ale Bóg oczekuje jeszcze czegoś więcej. Jezus ukazał się tam, gdzie przebywali uczniowie. Nie zostało napisane inaczej, tylko: Jezus przebywa tak, gdzie są uczniowie. To prawda, że Bóg jest wszędzie, ale ta obecność jest tam, gdzie on jest czczony jako Nauczyciel. Jako nauczyciel życia. Czyli ci, którzy, jak uczniowie, wszystkiego uczą się od nauczającego Jezusa, którzy słuchają Jego lekcji, na każdej Mszy otrzymujemy lekcję, jak uczniowie. On właśnie tutaj jest, bo tutaj rozważa się Jego mądrość, Jego prawo, Jego słowo. I On tutaj jest, jest Nauczycielem. Właśnie teraz nas słucha i On sam do naszych serc mówi. Poza moimi słowami jeszcze dopowiada do serc Waszych swoje słowa.
Zbierają się razem, zostało napisane. Taką szkołą dla mnie jest moja wspólnota zakonna. Wydaje się, że małżeństwo to jeszcze za mało. Trzeba jeszcze czegoś więcej, żeby spotkać się z Jezusem. Wspólnota pomaga wzrastać w wierze. Życie zakonne powstało jako reakcja na obniżenie lotu w Kościele. I nie powinno być tylko takie ograniczenie wspólnot do życia zakonnego, bo to będzie za mało. Wszyscy są zaproszeni do tego, by tworzyć wspólnoty, do których Jezus bez problemu może przyjść, nawet mimo drzwi zamkniętych. I które będą świecznikami płonącymi i miłością i mądrością i zrozumieniem. To jest dla nas pewne przesłanie i zadanie płynące z tej ewangelii.
Wróćmy do Tomasza, który właściwie nie ma szans na miłosierdzie. Dlaczego? Jezus powiedział, że ci którzy nie uwierzą apostołom, będą potępieni. Mk 16 - Idźcie i głoście. Jeśli ktoś wam nie uwierzy, będzie potępiony.
Popatrzcie, Tomasz nie wierzy apostołom. Mówi: ja nie wierzę! Czyli w tym momencie on się zdefiniował jako ktoś godny potępienia. I gdyby nie przyszedł na to następne spotkanie swojej wspólnoty Apostolskiej, to może by już nigdy nie odzyskał Chrystusa. Uratowało go to, że przyszedł na spotkanie wspólnoty. Uratowało go to, chociaż już nic go nie mogło uratować, bo stracił wiarę. I Jezus mu dał się tam dotknąć.

A gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na brzegu. Jednakże uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus. A Jezus rzekł do nich: Dzieci, czy macie co na posiłek? Odpowiedzieli Mu: Nie. On rzekł do nich: Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie. Zarzucili więc i z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć. Powiedział więc do Piotra ów uczeń, którego Jezus miłował: To jest Pan! Szymon Piotr usłyszawszy, że to jest Pan, przywdział na siebie wierzchnią szatę - był bowiem prawie nagi - i rzucił się w morze. Reszta uczniów dobiła łodzią, ciągnąc za sobą sieć z rybami. Od brzegu bowiem nie było daleko - tylko około dwustu łokci. A kiedy zeszli na ląd, ujrzeli żarzące się na ziemi węgle, a na nich ułożoną rybę oraz chleb. Rzekł do nich Jezus: Przynieście jeszcze ryb, któreście teraz ułowili. Poszedł Szymon Piotr i wyciągnął na brzeg sieć pełną wielkich ryb w liczbie stu pięćdziesięciu trzech. A pomimo tak wielkiej ilości, sieć się nie rozerwała. Rzekł do nich Jezus: Chodźcie, posilcie się! Żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu pytania: Kto Ty jesteś? bo wiedzieli, że to jest Pan (J 21, 4-12).

Właściwie  „ostatni połów” znajduje się już po zakończeniu ewangelii Jana, stąd niektórzy sądzą, że bardziej oddaje misterium Kościoła niż wspomina konkretne wydarzenie; bardziej dotyczy Prawdy o Kościele – Łodzi Piotrowej, do której chwytani są wszyscy żyjący na DNIE ( jak ryby), przeznaczeni do zbawienia.
Ryba jest w ogóle najniżej położonym stworzeniem wśród innych, żyje na samym dnie. Nie ma chyba takiej kultury językowej na świecie, gdzie DNO nie symbolizowałoby upadek moralny człowieka. Kiedy mówimy, że ktoś upadł „na same dno”, to dla wszystkich staje się jasne, o co tu chodzi. Kochaj kościół, w którym Zmartwychwstały Pan wyciąga ciebie mocą sakramentów z dna beznadziejności i bezsensu do życia do wspólnoty miłości i pokoju!
 
Rzekł Jezus do Szymona Piotra: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci? Odpowiedział Mu: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś baranki moje. I znowu, po raz drugi, powiedział do niego: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie? Odparł Mu: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś owce moje. Powiedział mu po raz trzeci: Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie? Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: Czy kochasz Mnie? I rzekł do Niego: Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego Jezus: Paś owce moje. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz. To powiedział, aby zaznaczyć, jaką śmiercią uwielbi Boga. A wypowiedziawszy to rzekł do niego: Pójdź za Mną! (J 21, 15-19).

Ostania rozmowa Piotra z Jezusem, ale pierwsze najważniejsze pytanie, jakie Jezus nam postawi, gdy przyjdzie nam przed Nim stanąć: Czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci...? To pytanie stawiam sobie każdego dnia. Jezus uczynił dla nas najwięcej - dał życie wieczne, dał miłość i to życie pełne miłości do każdego z nas.
Kiedy ktoś nam wyświadczy finansową przysługę, mamy wiele wdzięczności dla niego; kiedy ktoś potrafi być blisko nas w nieszczęściu, odczuwamy nawet przyjaźń. Kiedy ktoś dla nas był wyjątkowo dobry, gdy należała nam się jedynie złość, lubimy go; kiedy ktoś wreszcie sprawia, że chce nam się żyć dla tej osoby, ponieważ i ona chce żyć dla nas, możemy pokochać ją.
Ale tu jest coś więcej. Jezus dał nam więcej, niż ktokolwiek inny. Dał całego siebie, a jest On niezmierzoną miłością. Wyrwał nas ze śmierci - obiecując nas nieutracalnie kochać. On nie tylko wybawił ze śmierci naturalnej, ale też wybawia z każdego rodzaju śmierci. Są różne rodzaje śmierci: umierać może nadzieja, zamierać mogą uczucia, umieramy, gdy się martwimy, uśmiercamy się toksycznymi substancjami, które czynią nas nałogowcami, zabijamy w sobie człowieczeństwo, pogrążamy się w śmiertelnej rozpaczy, dręczymy się, obwiniamy wyrzutami sumienia, które zabijają w nas radość, wreszcie śmiertelnie grzeszymy. Są bowiem takie myśli, uczucia, wyobrażania, zachowanie, postawy, czyny, które są uśmierceniem w nas życia duchowego, łaski uświęcającej, nadprzyrodzonego tchnienia wiele ważniejszego niż samo oddychanie.
Śmierć życia nadprzyrodzonego jest jak jazda samochodu z martwym kierowcą przy kierownicy, jak galop osła z jeźdźcem, któremu ucięto głowę, jak lot ptaka, który został postrzelony w powietrzu przez myśliwego, jak pieniądz zdewaluowany. Są takie myśli, uczucia, postawy, czyny, po których nie ma już w nas Boga, nie ma w nas Ducha, jest tylko zlepek komórek białkowych i prymitywna struktura psychiczna, ale to już początek rozkładu, początek śmierci.
Z tych wszystkich wydarzeń, które są uśmierceniem naszego wnętrza, wybawia nas ciągle Jezus. Za darmo, ciągle wyciągając nas z czegoś gorszego niż trumna. Czyni to miłość. Żyjemy w ciągłym wskrzeszeniu w nas życia, ciągle Jezus wskrzesza w nas swoją miłością, pytając o naszą miłość. Czy miłujesz mnie bardziej niż wczoraj? Bardziej niż świat? Każda spowiedź jest takim pytaniem i każda pokuta powinna brzmieć: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham.
Tymczasem jesteśmy skłonni ekscytować się każdą zekranizowaną imitacją miłości w wydaniu brazylijskim lub polskim, wzruszając się scenariuszem, wierząc aktorom, tęskniąc za następnym odcinkiem. Ale kiedy staje przed nami dziś sam Bóg - Prawda i pyta ta Prawda, prawdziwie i prawdomównie: Czy dziś kochasz mnie bardziej niż wczoraj? - MY zostawiamy to bez odpowiedzi, jakby Ona nie istniała.
To pytanie Bóg zada Ci w czasie Komunii Świętej. Gdy Ty klęczysz jak Piotr, wtedy Pan, jak Piotra, zapyta cię o miłość. Uczyńmy Bogu coś pięknego, pocieszmy Boga, którego mnóstwo ludzi pomija, którego mnóstwo ludzi nie słyszy, gdy Ten pyta o miłość. Zauważmy Tego, który swego Oka Opatrzności nigdy nie zamyka. Uśmiechnijmy się do Tego, który jest Rzeźbiarzem wszystkich uśmiechów. Kochajmy Tego, który jest Miłością. Nie zostawiajmy Boga bez odpowiedzi. Każdy chce być kochany. Myślisz, że Bogu na tym nie zależy? Och jak bardzo On chce być kochany. Bo dopiero wtedy, kiedy jest kochany, może jeszcze piękniej i mocniej pokochać.

Jedenastu zaś uczniów udało się do Galilei na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata (Mt 28, 16-20).

Wielu ludzi zna Boga, ale nie wie, że On jest Trójcą! A my wiemy! To tak, jakby kogoś znano tylko z nazwiska, ale my Go znamy z ...IMIENIA. Znamy się z Bogiem "po IMIENIU", co nie znaczy, że ta poufałość uprawnia nas do lekceważenia Go, wręcz przeciwnie, do jeszcze większej czci!
Nie jest dobrze też, kiedy w żartach, albo w dowcipach mówimy o Bogu lekceważąco lub mówimy o Nim "Bozia", "Pan Bucek", albo mówili: "Jezus Maria", gdy zawadzimy się na schodach, albo mówimy: "Chryste Panie", pośród wulgaryzmów, albo też: "Na rany Chrystusa, przysięgam, że tego nie zrobiłem", gdy ktoś nam coś zarzuca.
Jego IMIĘ to TRÓJCA ŚWIĘTA. Tak właśnie jest napisane u Mateusza. Jezus wysyłając uczniów na ostatnią misję, powiedział im: "Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu W IMIĘ OJCA I SYNA, I DUCHA ŚWIĘTEGO" (Mt 28,19). Jednym imieniem nazwał trzech, bo jest jeden Bóg, ale ma trzy osoby. Jedno Imię, to jedno Bóstwo, ale trzy osoby nazwał oddzielnie i na równi. Bóg dał się poznać, że tak powiem, "po Imieniu", ale uszanujmy to, że nam się tak blisko przedstawił.
Jedna szósta świata nie zna Go tak osobiście, jak chrześcijanie, nie zna Go, jako Trójcy, a my Go tak znamy blisko! Dał nam poufały dostęp do siebie, bo nas kocha. Zaryzykował otwarcie się na nas, bo nas kocha i chce żebyśmy Go tak kochali, jak jego Syn. Dlatego w Duchu Świętym mamy łaskę życia w Jezusie.
On tak umiłował świat, czyli nas, że dał swojego Jednorodzonego Syna, abyśmy mieli życie wieczne. To znaczy, że chce, abyśmy wszyscy tak Go kochali, jak Jezus Syn i oddawali siebie Jemu. Ten gest Boga Ojca możemy zrozumieć w ten sposób, jakby przez to wszystko chciał nam powiedzieć: "Zobaczcie, jeśli Ja objawiam wam, że mam Syna i daje wam tego Syna, to nic innego nie znaczy, jak tylko to, że pragnę każdego z Was kochać jak tego Syna, chcę żebyście byli moimi dziećmi w Nim.
Miłość, którą On darzy swojego Syna jest tak wielka, że jest Osobą, trzecią Osobą, Duchem Świętym, Duchem Miłości Ojca i Syna i dlatego bez przyjęcia w życiu Ducha Świętego stawanie się dzieckiem Boga jest tylko teorią a nie faktem. Żeby Bóg stał się Ojcem, musisz być dzieckiem wobec Niego, a jest to możliwe, gdy przyjmiesz Ducha Świętego żyjąc jak Jezus. Życie Jezusa zaczęło się od zstąpienia Ducha Świętego w ciało Maryi i od Objawienia się Jego Ducha w wodach Jordanu. Tak więc i my bez przyjęcia Ducha nie możemy stawać się dziećmi Boga.
Nie dla każdego Bóg jest Ojcem, tylko dla tych, którzy są dziećmi, a dziećmi są w Synu, a życie w Synu rozpoczyna się od przyjęcia Ducha Świętego.
Widzimy więc teraz, że Objawienie nam, że Bóg jest Trójcą nie jest samo objawieniem się Boga w celu poinformowania nas, Kim On po prostu jest, ale to samo objawienie się Trójcy jest w tym celu, abyśmy mieli udział w Jego wewnętrznym życiu. On objawił nam, że jest Trójcą, bo tylko w ten sposób rzeczywiście, a nie teoretycznie mamy szanse stawać się jego prawdziwymi dziećmi a nie jedynie Jego stworzeniami. Jest różnica miedzy "byciem stworzeniem" dla Boga, a "byciem jego osobistym dzieckiem"!
Jest różnica miedzy poznaniem, że ktoś jest królem, a ty jego poddanym, a uczynieniem Ciebie synem królewskim. To ogromna różnica, wiedzieć, że w pałacu mieszka król, a być zaproszonym do wnętrza tego pałacu i poznać trzech jego mieszkańców. Trzech mieszkańców w jednym gmachu, trzy osoby w Jednym bóstwie i ty wewnątrz tego gmachu bóstwa masz szansę przebywać jeśli tylko zechcesz. Zaproszenie trwa, drzwi do Domu Ojca ciągle otwarte...jeszcze otwarte!

W końcu ukazał się samym Jedenastu, gdy siedzieli za stołem, i wyrzucał im brak wiary i upór, że nie wierzyli tym, którzy widzieli Go zmartwychwstałego. I rzekł do nich: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie. Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdził naukę znakami, które jej towarzyszyły (Mk 16, 14-20).

Przed Wniebowstąpieniem, Jezus nakazał swoim uczniom iść na cały świat i ogłosić Ewangelię wszelkiemu stworzeniu. Wiara bowiem będzie decydować o zbawieniu w taki sposób, jak brak tej wiary o potępieniu. Wiara przyszłych powołanych do zbawienia będzie się objawiać pięcioma znakami: wyrzucanie złych duchów w imię Jezusa, posługiwanie się nowymi językami, "branie do rąk węży", odporność na  to, co trujące, oraz uzdrawianie chorych przez wkładanie rąk. Niektóre z tych oznak uwierzenia Bogu brzmią zrozumiale dla człowieka współczesnego, ale niektóre budzą podejrzenie o jakieś fantastyczne lub wręcz bajkowe obietnice.
Tymczasem, zawarto w tych lakonicznych, hasłowych określeniach niezmierzone prawdy i możliwości. Symbol jest bardziej pojemny niż definicja i bardziej precyzyjny, gdy odnosi się do rzeczywistości nieogarnionych. Nie ma nic bardziej konkretnego w świecie nauki niż matematyka, a przecież jest to jeden potężny zbiór... symboli!
Cóż jednak ukrywa się pod władzą „brania do rąk węży”? Wąż jest symbolem kusiciela i pokusy. Oślizły beznogi i bezręki stwór skradający się niezauważenie do ofiary, trudny do uchwycenia i usłyszenia. Jego syczenie jest delikatne, ale za to nic tak nie przypomina ludzkiego zbuntowanego szemrania. Rozdwojony język węża przypomina o "dwulicowości". Węże ukrywają się pod kamieniami i zwałami ziemi, w jaskiniach i szczelinach skalnych, czyhają tam, gzie człowiekowi jest najtrudniej się przedostać, albo tam gdzie jest trochę cienia i spokoju. Są takie, które lubią cień ale i takie, które uwielbiają wygrzewanie się w słonecznych promieniach. Trudno go uchwycić ale za to łatwo na niego nadepnąć, ale tego rodzaju spotkanie kończy się zazwyczaj ukąszeniem - oto daleko bardziej wykraczające omówienia kusiciela niż definicja teologiczna. A wąż był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył. On to rzekł do niewiasty: Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu? (Rdz 3,1).
W Starym Testamencie jedynie Mojżesz posiadał taką władzę chwytania i posługiwania się wężem: Wówczas Pan zapytał go: Co masz w ręku? Odpowiedział: Laskę. Wtedy rozkazał: Rzuć ją na ziemię. A on rzucił ją na ziemię, i zamieniła się w węża. Mojżesz zaś uciekał przed nim. Pan powiedział wtedy do Mojżesza: Wyciągnij rękę i chwyć go za ogon. I wyciągnął rękę i uchwycił go, i stał się znów laską w jego ręku (Wj 4,2-4). Jezus daje więc Apostołom nie tylko władzę nad kusicielem i jego kuszeniem, ale też czyni ich „Mojżeszami” Nowego Izraela - już nie chodzi o uwolnienie jakiegoś małego szczepu z niewoli potężnego totalitarnego państwa, ale w ogóle o uwolnienie wszelkiego stworzenia na całym świecie.
Wniebowstąpienie nie jest ucieczką Syna Bożego ze świata, który jest pełen węży, trucizny, chorób, nieporozumień, złych duchów. Jezus Chrystus będąc po prawicy Boga jest jednocześnie tu pośród nas: A Pan współdziałał z nimi i potwierdzał naukę znakami, które jej towarzyszyły. Wniebowstąpienie jest jednoczesnym zstąpieniem Jego Mocy na wszystkich uczniów.
Jezus nie uciekł do Nieba opłakiwać pięć ran zadanych Mu na krzyżu i uzdrawiać wspomnienia, nie uciekł ze świata, który nie był dla Niego gościnny, lecz zbliżył się do niego po to, aby uleczyć zraniony świat. Pięć władz duchowych, które zostawił Apostołom na potwierdzenie ich działania odpowiada Jego ranom - daje bowiem ze swoich ran uzdrowienie dla poranionej ludzkości.
Jezus bowiem wskazał w swoim ciele pięć najboleśniejszych miejsc człowieka: uleganie złym duchom, brak woli porozumienia między ludźmi rozwierające się od kłótni małżonków aż po wojny światowe, grzech pychy w której człowiek pragnie być bóstwem, wreszcie trująca atmosfera naszych pragnień nieopanowanych i nie dających się zaspokoić, a także cierpienie, choroby, ból, niszczenie zdrowia ludzkiego począwszy od aborcji, a skończywszy na wypaleniu papierosa.